„Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Albowiem jakim sądem sądzicie, takim was osądzą, i jaką miarą mierzycie, taką i wam odmierzą." To niemal dokładnie ten sam fragment, który komentowaliśmy już przy okazji Ewangelii Łukasza (6:37-46), z tym samym obrazem źdźbła i belki w oku. Nie ma sensu powtarzać tu tamtego rozważania w całości, ale warto zauważyć, że Mateusz umieszcza ten fragment w innym miejscu, na końcu Kazania na Górze, jako podsumowanie wcześniejszych, bardzo wymagających nauk o gniewie, cudzołóstwie i miłości nieprzyjaciół. Po tak wysoko postawionej poprzeczce łatwo byłoby zacząć oceniać innych, którzy jej nie osiągają. Jezus od razu to uprzedza.
To, co czyni wersję Mateusza wyjątkową, to ostatnie zdanie, którego nie ma u Łukasza: „Nie dawajcie tego, co święte, psom, i nie rzucajcie pereł swoich przed świnie, żeby ich snadź nie podeptały nogami swymi, i obróciwszy się, nie rozszarpały was." Zdanie brzmi ostro, niemal szorstko, w kontraście do wezwania do niesądzenia, które właśnie wybrzmiało dwa wersety wcześniej.
Jak to pogodzić? Chodzi chyba o rozróżnienie między osądzaniem serca drugiego człowieka, czego zabrania pierwsza część fragmentu, a rozeznaniem sytuacji, czego wymaga druga. Nie każde odrzucenie czy ostrożność jest osądzaniem w tym negatywnym sensie. Są sytuacje, gdzie dawanie czegoś świętego komuś, kto nie ma najmniejszego zamiaru tego uszanować, kończy się tylko zniszczeniem daru i zwróceniem się przeciwko dawcy.
To trudne zestawienie dwóch zasad w jednym akapicie: nie oceniaj pochopnie, ale bądź rozsądny w tym, komu ufasz i co powierzasz. Jezus nie tłumaczy, jak dokładnie odróżnić jedno od drugiego w praktyce. Zostawia to jako coś, co trzeba rozeznawać za każdym razem od nowa.