Po rozmowach o cenie bycia uczniem Jezus wsiada do łodzi, a uczniowie idą za nim. To, co dzieje się dalej, jest jednym z tych fragmentów, gdzie kontrast między spokojem a chaosem robi całą robotę: „powstała gwałtowna burza na jeziorze, tak że fale zalewały łódź; a on spał." Doświadczeni rybacy, tacy jak Piotr, Jakub i Jan, widzieli niejedną burzę na tym jeziorze, a mimo to ta akurat wystarczyła, żeby ich przerazić. Jezus tymczasem śpi, spokojny mimo fal zalewających łódź.
Uczniowie budzą go z krzykiem, który brzmi jak czysta panika: „Panie, ratuj, giniemy!" Nie proszą o wykład teologiczny ani o wyjaśnienie. Chcą, żeby ktoś coś zrobił, natychmiast.
Odpowiedź Jezusa jest zaskakująca w swojej kolejności. Najpierw pyta: „Czemu jesteście bojaźliwi, małowierni?", a dopiero potem „zgromił wiatry i jezioro, i nastała wielka cisza". Można by się spodziewać, że najpierw uspokoi burzę, a dopiero potem zapyta o wiarę. Zamiast tego pytanie pada, kiedy fale wciąż zalewają łódź, jakby Jezus chciał, żeby uczniowie zmierzyli się z własnym strachem, zanim zobaczą rozwiązanie.
Reakcja na cud jest równie mocna jak sam cud: „Zdumieli się ludzie i mówili: Cóż to za jeden, że nawet wichry i jezioro są mu posłuszne?" To pytanie retoryczne, ale też zupełnie szczere. Sami uczniowie, mimo że spędzili z Jezusem już sporo czasu, wciąż nie do końca rozumieją, z kim mają do czynienia. Ta burza, choć groźna, jest dla nich kolejną lekcją o tym, kim naprawdę jest ich nauczyciel.