Piotr i Andrzej zarzucali sieć w jezioro, kiedy Jezus przechodził brzegiem. Nie szukali go. Robili to, co zwykle o tej porze dnia, zwyczajną pracę rybaków. „Pójdźcie za mną, a uczynię was rybakami ludzi", to jedno zdanie, i zaraz potem: „A oni natychmiast porzucili sieci i poszli za nim."
To słowo „natychmiast" warto zatrzymać na chwilę. Nie ma tu negocjacji, nie ma prośby o czas do namysłu. Zostawili sieci, czyli narzędzie swojej pracy i podstawę utrzymania rodziny, w środku dnia roboczego. Kawałek dalej ta sama scena powtarza się z Jakubem i Janem, synami Zebedeusza, którzy akurat naprawiali sieci razem z ojcem. Oni też zostawiają wszystko, łącznie z ojcem w łodzi.
Łatwo wyobrazić sobie Zebedeusza, patrzącego, jak dwaj synowie odchodzą za nieznajomym wędrownym nauczycielem. Mateusz nie komentuje, co ojciec o tym myślał. Skupia się wyłącznie na reakcji synów, bo to oni są bohaterami tej sceny, nie rodzina, którą zostawiają.
Gra słów w zawołaniu Jezusa nie jest przypadkowa. Rybacy łowili ryby, żeby żyć. Teraz mają „łowić ludzi", co brzmi dziwnie dla współczesnego ucha, ale w tamtym kontekście oznaczało coś bliższego ratowaniu niż chwytaniu w pułapkę. Ich stare umiejętności, cierpliwość, znajomość wody, wyczucie momentu, mają się przydać w zupełnie nowym kontekście.
Reszta fragmentu opisuje, jak sława Jezusa rozchodzi się szybko: naucza w synagogach, głosi ewangelię Królestwa, uzdrawia wszelkie choroby i niemoce. Tłumy przychodzą nie tylko z Galilei, ale też z Dekapolu, Jerozolimy, Judei i zza Jordanu, czyli z bardzo różnych, czasem odległych regionów. To już nie jest lokalna ciekawostka. W ciągu kilku wersetów Mateusz pokazuje, jak od jednego wezwania nad jeziorem robi się ruch, który przyciąga ludzi z całego regionu.
Warto zapytać samego siebie, jak zareagowałbym na takie wezwanie w środku zwyczajnego dnia pracy. Piotr, Andrzej, Jakub i Jan nie mieli czasu na przygotowanie się do tej decyzji. Może właśnie dlatego zdążyli ją podjąć.