„Strzeżcie się, żebyście uczynków sprawiedliwości swojej nie czynili przed ludźmi, aby was widzieli, bo inaczej nie macie zapłaty u Ojca waszego, który jest w niebie." Zdanie otwierające rozdział szósty zmienia temat, ale nie ton, Jezus wciąż mówi o sprawiedliwości, która sięga głębiej niż zewnętrzne zachowanie. Tym razem pyta nie o to, co robimy, tylko dlaczego.
Konkretny przykład dotyczy jałmużny. „Gdy więc dajesz jałmużnę, nie trąb przed sobą, jak to czynią obłudnicy w synagogach i na ulicach, aby ich ludzie chwalili." Trudno stwierdzić, czy ktoś dosłownie dął w trąbę przy rozdawaniu pieniędzy, ale sam obraz jest wystarczająco jasny: chodzi o robienie hałasu wokół własnej dobroczynności, o upewnienie się, że wszyscy widzą.
Odpowiedź Jezusa jest zaskakująco praktyczna: „Niechaj lewica twoja nie wie, co czyni prawica twoja, aby jałmużna twoja była ukryta." To niemal absurdalny obraz, bo obie ręce należą przecież do tej samej osoby. Chodzi jednak o coś prostszego, niż sugeruje dosłowna interpretacja: o taki stopień naturalności w dawaniu, żeby nie towarzyszyła mu wewnętrzna rachuba, ile z tego zyskam w oczach innych.
Nagroda, o której mówi Jezus, nie znika, kiedy znika publiczność. „A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odpłaci ci." To przesunięcie adresata jest kluczowe. Obłudnicy, o których mowa wcześniej, już dostali swoją zapłatę, poklask ludzi, i to jest wszystko, co dostaną. Ci, którzy dają w ukryciu, mają innego świadka, kogoś, kto widzi więcej niż tłum na ulicy.